piątek, 24 października 2014

Rozdział 3

   Około piątej nad ranem Milena śniła, że spada. Po chwili obudziła się i stwierdziła, że to była prawda. Leżała rozespana na podłodze, zaplątana w kołdrę. Zaczęła się uwalniać. Gdy wstawała, coś sobie przypomniała. Czuła jednocześnie podniecenie i strach, że może się okazać, że to nieprawda. Spojrzała ostrożnie na biurko. Uff! Leży. Szkoła magii i sowy przynoszące listy to nie majaki senne. Pogładziłą dłonią pergamin, a następnie wróciła do łóżka. Obudziła się ponownie o dziewiątej. Standard. To była święta zasada Mileny - gdy masz wolne, a obudzisz się przed dziewiątą, to obudziłeś się za wcześnie. Dobrze, że siostra pojechała na obóz, przynajmniej przez najbliższe  dwanaście dni nikt nie będzie jej budził. Dziewczyna jeszcze raz sprawdziła, czy szkoła Dobrobor to nie sen, po czym napisała krótkiego sms-a do mamy, że już nie śpi. Poszła do łazienki, ubrała się. Zeszła do kuchni i otworzyła okno. Sądząc po temperaturze powietrza, jakie przez nie wpadło, i po zachmurzonej iglicy Pałacu Kultury, dzień nie zapowiadał się słonecznie. Westchnęła. Chciała się przejść na skwerek. Do Muzeum Etnograficznego też nie pójdzie, bo nie ma pieniędzy. Na Stare Miasto też nie, bo będzie padać, sądząc po ciemnych chmurach.
   Milka zrobiła sobie na śniadanie jajecznicę z pomidorami. Popijając herbatę, myślała o tym, co będzie dziś robić. Mama i tata w pracy. Siostra na obozie. Miała nadzieję, że u Natalki nie pada, bo to dopiero jej drugi dłuższy, samodzielny wyjazd. "Pewnie będę dziś wykonywać czynności standardowe; czytanie, rysowanie, może przejrzę Facebooka...". Odstawiła naczynia do zlewu. "Zmywarkę wstawię po obiedzie", uznała. Weszła na górę, po drodze wpadając na pomysł. Sprawdziła w kalendarzu, ile dni zostało do 1-go września. "Chyba nigdy aż tak nie wyczekiwałam rozpoczęcia roku szkolnego", pomyślała. "Może wtedy, gdy skończyłam przedszkole". Wyciągnęła z szuflady kartkę, ołówek i flamastry i zaczęła pisać. Po wypisaniu i poprawieniu flamastrami sześćdziesięciu liczb, każda odpowiadająca jednemu dniowi, trochę bolały ją palce. Przykleiła dzieło do ściany i już miała skreślić jedynkę, gdy pomyślała, że logiczniej będzie to robić wieczorem.
   Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl, która napełniła ją przerażeniem. JAK ONA, DO JASNEJ ANIELKI, BĘDZIE TAM CZYTAĆ ULUBIONE KSIĄŻKI? Przecież wszystkich nie weźmie! Po chwili jednak uspokoiła się. Po prostu poprosi rodziców, żeby przysyłali jej paczką książki z biblioteki. A na Facebooku napisze, że wyjeżdża do szkoły z internatem, w której nie ma zasięgu. Na szczęście nie uzależniła się od tego serwisu, jak niektórzy jej znajomi. W sumie to będzie prawda - z tego, co czytała, elektronika fiksuje, gdy naokoło jest za dużo magii.
   Następne kilka tygodni spędziła, niecierpliwie czekając, rysując herby z listu, przypomniała sobie całą serię o Harry'm Potterze z dodatkami, wypisując każde pojęcie, jakie mogłoby jej się przydać w jakikolwiek sposób: zaklęcia, przepisy na eliksiry, stworzenia, urządzenia. Przyjdzie przygotowana jak Hermiona. Gdy Natalka wróciła z obozu, siostra opowiedziała jej o wszystkim, a ośmioletnia dziewczynka z wrażenia położyła się na podłodze, podnosząc wszystkie kończyny i powiedziała, że zrobiła "zdechł człowiek", tak jak psy robią "zdechł pies". Po chwili jednak prawie się popłakała, mówiąc, że ona też chce pojechać do szkoły magii. Milena uspokoiła ją, że może, jak będzie większa, też dostanie list.
   Dzień później razem z sową przyleciały instrukcje. Dowiedziała się, że jeśli w pasażu handlowym przy stacji metra Centrum wejdzie w małe drzwiczki obok gabloty z wyświetlonym dinozaurem, dostanie się do części ze sklepami dla czarodziejów. Najlepiej, by wybrała się tam ze swoją ciotką, ponieważ ona ma klucz do skrytki rodzinnej Strzeleckich w polskim oddziale Banku Gringotta. Na peron piąty dostaje się, wchodząc jak najniżej pod schody ruchome na peronie czwartym; wystarczy pod jakimikolwiek schodami iść w kierunku, w którym te się zniżają. Można mieć tylko jedno zwierzę, tak ja było to napisane w poprzednim liście. Milenie doradzili sowę jako najprzydatniejsze z wymienionych.
  W dniu 17 sierpnia dziewczyna poszła z ciocią Elą dokonać zakupów. Odnalazły oddział bankowy i zjechały wózeczkiem prowadzonym przez goblina do ich skrytki oznaczonej numerem 210. W skrytce znajdowało się wiele monet. Milena rozpoznała złote galeony, srebrne sykle i brązowe knuty.
 - To wszystko jest takie dziwne - szepnęła do cioci. - Nagle marzenia stają się prawdą... A właściwie, czemu się przede mną ukrywałaś? - spytała.
 - Jak się teraz zastanowić, to nie wiem. Wtedy powody wydawały się jasne, a teraz nie mają sensu.
   Wyjęły ze skrytki trochę pieniędzy i wyszły z banku. Następnie skierowały się w lewo i ujrzały prawdziwą ulicę, ze sklepami i restauracjami. Tylko że, oczywiście, wszyscy byli w szatach czarodziejów. Poszły wzdłuż ulicy i zobaczyły szyld:

STEFAN KANOTALSKI

WYTWÓRCA RÓŻDŻEK

 - Wchodzimy - zarządziła ciocia Elwira.
   Weszły do jasno, choć nie rażąco oświetlonego pomieszczenia, w którym stało biurko, a za nim starszy, na oko siedemdziesięcioletni staruszek.
 - Witam, witam - powiedział uprzejmym tonem. - Zapraszam, młoda damo. Jak ci na imię?
 - Milena - odpowiedziała lekko onieśmielona Milena.
 - Masz bardzo ładne imię. Jak wnuczka brata męża mojej córki. - Chyba jednak był starszy, niż na to wyglądał. - Z jakiej rodziny pochodzisz?
 - Moja ciocia, z którą tu przyszłam, jest jedyną czarownicą w rodzinie - odparła dziewczyna. - Wcześniej nic nie wiedziałam o magii, Czytałam książki o Harry'm Potterze, ale mam wrażenie, że to nie była idealna kopia tego świata.
   Pan Stefan Kanotalski zanotował coś w wielkim zeszycie leżącym na stole, po czym wstał i zaprosił Milenę, by poszła za nim. Weszli do dużego, aczkolwiek słabiej oświetlonego pokoju.
 - Tu mam magazyn różdżek - oświadczył. - Teraz poczekaj chwilę.
Wytwórca różdżek przyniósł coś, trzymając owo coś za plecami. Kazał klientce zamknąć oczy i wyciągnąć rękę przed siebie. Następnie polecił jej pomachać ręką i opuścić ją. Dotknęła czegoś drewnianego. Otworzyła oczy. Okazało się, że dotknęła jakiegoś drewienka leżącego w plastikowym pudle z innymi drewienkami. To, którego dotknęła, było pomarańczowe i wyglądało na lekkie.
 - Olsza czarna - stwierdził z uznaniem Kanotalski. - Mało takich różdżek sprzedaję, są wyjątkowe - sprzedawca mrugnął do dziewczyny i wyszedł gdzieś na chwilę. Ciocia Ela uśmiechnęła się do bratanicy. Pan Stefan znów trzymał coś za plecami i poprosił ją, by powtórzyła czynności. Wylosowała jakiś papierek z napisem "17,5".
 - To długość twojej różdżki w centymetrach - objaśnił subiekt. Wyszedł, wrócił i znów to samo. Tym razem to, co wzięła, było długie, różowe i nieco lepkie. Milena domyślała się, co to jest.
 - No niee! Nie mógł być jakiś włos jednorożca? - jęknęła.
 - Przepraszam, ale tak wypadło - odparł. - Nieważne, ile razy będziesz losować, zawsze będzie to samo.
   Dziewczyna nie chciała się spierać.
 - Wiesz, masz wyjątkową różdżkę. Przyjdź do mnie za trzy godziny, ponieważ nie mam takiej w zbiorach i muszę ją wykonać.
   Milena z ciocią wyszły, kupiły książki, przybory i szaty bez specjalnych przygód, zdobyły sowę z gatunku włochatka (miała słodki wytrzeszcz i dostała imię Malwina), zjadły pyszne pierogi w restauracji "Czarodziejska Pierogarnia", po czym wróciły, by odebrać różdżkę. Kosztowała 8 galeonów. Pan Stefan Kanotalski wyczarował z niej czerwone iskierki na znak, że działa, i ostrożnie wręczył ją świeżo upieczonej młodej czarownicy.
 - Proszę. Pamiętaj, że nie możesz jej stracić. Pomyślnego roku szkolnego, Marcelinko!
 - Mileno - poprawiła automatycznie. Zauważyła, że z wielkim zeszycie przekręcił jej imię na Miranda. - Dziękuję panu.
   Gdy wracała, zaglądała co chwila do torby, by upewnić się, czy różdżka leży na miejscu. W domu pochwaliła się nabytkami siostrze i rodzicom. Długo rozmawiali, aż zrobiło się kompletnie ciemno i trzeba było szykować się do spania.

2 komentarze:

  1. Pierwsze zdanie tego rozdziału jest rewelacyjne literacko. " Około piątej nad ranem Milena śniła, że spada". Mogłoby rozpoczynać całą powieść. Świetny język dialogów, ale narracja trochę nierównomierna, Np, gdy od rozważań nad pochmurnym dniem-który-nie-wiadomo-jak-spędzisz, gnasz kilka dni/tygodni do przodu. Tak samo, gdy zaczynasz akapit od nagle urzędowego "w dniu 17 sierpnia..". Ale to drobiazgi, pisz dalej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Super, czekam na następne rozdziały! :)

    OdpowiedzUsuń