Od razu przepraszam za obsuw :/
Nareszcie nadszedł ten dzień! Pierwszy września. Milena od dwóch dni była spakowana w wielką żółtą walizkę. Mama i tata chcieli jej załatwić jakiś kufer, ale ciocia wyśmiała pomysł i powiedziała, że duża walizka wystarczy.
Na tarczy zegarka widniała godzina szósta rano. Do odjazdu pociągu zostały cztery godziny, do budzika dwie, ale dziewczyna już nie spała. Jak prawie co dzień od kupna różdżki wypróbowywała zaklęcia. Najlepiej wychodziło jej Wingardium Leviosa i jedno transmutacyjne - do zamiany małych rzeczy o podobnych kształtach, na przykład spinki w igłę. Była zadowolona, że tak dobrze jej to wychodzi, ponieważ raz o mało co nie wybiła szyby od źle wypowiedzianej formuły i krzywo wycelowanego końca różdżki.
Stwierdziła, że jeszcze się zdrzemnie. Zawsze niby można w pociągu, ale pewnie będzie zbyt ciekawie. W końcu nie będzie to zwyczajny pociąg... Wyciągnęła się na łóżku, przedtem dokładnie czyszcząc różdżkę. Nie chciała, by się zniszczyła. Zamknęła oczy i po chwili zapadła w drzemkę.
Budzik zadzwonił punktualnie o ósmej, wydając z siebie odgłos lądującej TARDIS. Milena otworzyła oczy i zwlokła się z łóżka. Poszła zająć łazienkę, wiedząc, że inni członkowie rodziny mieli obudzić się dopiero za 20 minut. Oporządziła się, by nie wyglądać jak upiór (podczas snu strasznie targały jej się włosy) i wyszła z łazienki. Nakarmiła swoją sowę Malwinę i jeszcze raz sprawdziła, czy wszystko, co miało się znaleźć w walizce, znajduje się właśnie tam, a nie gdzie indziej. Ubrania? Są. Książki? Są. Przybory? Są. Różdżka? Jest. Laptop i słuchawki? Są. Niedawno dostała wiadomość od ciotki, że może wziąć rzeczy elektroniczne, byle nie za dużo. Od 1998 roku wymyślono sposób na używanie mugolskich urządzeń przy obecności magii. Na laptopie miała zgrane wszystkie sezony Doktora Who, nawet te, które już oglądała. Była z tego bardzo zadowolona - to był jej ulubiony serial i trochę się denerwowała, że nie będzie w stanie go oglądać.
Zeszła na śniadanie. Mama już krzątała się w kuchni, tata i Natalka siedzieli przy stole i o czymś rozmawiali.
- Co będzie na śniadanie? - spytała Milena.
- Naleśniki - usłyszała odpowiedź. - Siadaj, zaraz skończę je smażyć.
Usiadła przy stole, witając się z pozostałymi.
- Milenaa, wiesz coo? Ja też chcę to tej szkoły! - zawołała Natalka.
- Nie możesz jechać ze mną, jesteś za mała - odpowiedziała starsza siostra.
- Ooo, ale ja chcę z tobą jechać!
- Ale nie możesz. Już ci mówiłam, może za pięć lat... - cierpliwie tłumaczyła.
- Milka, mogę pogłaskać sowę?
- Nie, nie możesz! Ostatnio, jak ci pozwoliłam, obraziła się i zrobiła sobie dwudniowe wakacje.
Natalka jęknęła coś w odpowiedzi i zaczęła posypywać naleśnika cukrem. Milena też postanowiła zacząć jeść, ponieważ zaczynało jej na poważnie burczeć w brzuchu.
Reszta śniadania upłynęła całej rodzinie na rozmowie, co też Milena będzie robić w tej szkole i przerzucaniu się cytatami w stylu "Nie wysadź w powietrze toalety", przerywanej pojękiwaniami młodszej dziewczynki.
- No dobra, idźcie do łazienki i się zbieramy - zarządziła pani Arleta.
- Jeeeeeeeeeeeeej! - Natalka z dzikim wrzaskiem radości pobiegła w stronę toalety.
- Nie rozumiem jej. Cieszy się bardziej od Mileny - odezwał się pan Antoni.
Rodzina wyszła z domu. Bez problemu dotarli na Dworzec Centralny, ponieważ o dziewiątej większość osób była już w pracy lub w szkole. Poza tym - mieli dość blisko. Weszli na peron 4.
- Które to miały być schody? - spytał tata.
- Napisali, że którekolwiek, ale może lepiej wejdźmy przez te na końcu peronu, żeby za bardzo nie rzucać się w oczy - odparła Milena.
- Racja - zgodziła się mama.
Uczucie przechodzenia przez schody ruchome jest co najmniej dziwne. Najpierw ma się wrażenie, że za chwilę nie można będzie iść wyprostowanym, potem głowa, zamiast uderzyć w strop, przechodzi przez coś chłodnego i szarego, tak jakby to był jakiś płyn, to samo stopniowo dzieje się z resztą ciała. Nagle wychodzi się i za sobą ma się metalową ścianę, a przed sobą schody w dół ze strzałką i napisem "dla uczniów Dobroboru". Tak też doświadczyła tego rodzina Strzeleckich.
Gdy weszli na peron, było tam jeszcze niedużo osób, bowiem do odjazdu pociągu zostało trzydzieści pięć minut. Sam pociąg jednak stał już na torze. Cała rodzina usiadła na jednej z ławek.
- Cześć! Widzę, że udało wam się dotrzeć! - usłyszeli. To była ciocia Elwira. Najwyraźniej czekała na nich już od jakiegoś czasu. Przywitali się i zaczęli rozmawiać. Milena pochwaliła się, że umie kilka zaklęć, a Natalka bez przerwy paplała o tym, że ona też chce. Za dziesięć dziesiąta ciocia poradziła Milenie, żeby już wsiadła i znalazła sobie przedział. Pożegnała się z rodziną, z pomocą ojca wtaszczyła walizkę do pociągu i wsiadła do pierwszego pustego przedziału. Pan Antoni wstawił bagaż na półkę, jeszcze raz pożegnał się z córką i wysiadł z powrotem na peron.
Po pewnym czasie, gdy pociąg miał za chwilę ruszać, ktoś nieśmiało zajrzał do przedziału dziewczyny. Była to wysoka dziewczyna, ale na oko raczej trzynastoletnia. Miała czekoladowobrązowe, proste włosy i zielone oczy. Za sobą taszczyła wielką, szarą walizkę, na rękach trzymała pręgowanego, burego kocura, a na sobie miała białą bluzkę z nadrukiem przdstawiającym TARDIS, o którą stała oparta miotła, na budce widniały wysprejowane litery SPQR, a obok leżał młot Thora. Milena pomyślała, że ją polubi.
- Mogę się dosiąść? - spytała nieznajoma.
- Oczywiście. Fajna bluzka!
- Dzięki. Rodzice mówili, żebym jej nie zakładała, bo będą się śmiać, ale ja się uparłam - uśmiechnęła się.
- Mnie tam się podoba. Mogę wiedzieć, jak się nazywasz? Ja jestem Milena Strzelecka.
- Jasne. Jestem Flawia Wespa. Z jakiej jesteś rodziny? - spytała, siadając naprzeciwko.
- Moja ciocia jest czarownicą, a tak to tylko ja mam jakieś zdolności - odparła. - Masz strasznie ładne imię.
- Dzięki. Moi rodzice mają świra na punkcie Rzymu. Tata jest z czarodziejskiej rodziny, nazywa się Marek, a mama jest mugolką i ma na imię Julia.
- Moi się nazywają Arleta i Antoni. Mam jeszcze młodszą siostrę, Natalkę.
Dziewczyny bardzo szybko się zaprzyjaźniły. W trakcie jazdy nikt się do nich nie dosiadł. Kupiły trochę magicznych słodkości z wózka. W czekoladowej żabie Mileny znajdowała się karta z Harry'm Potterem. Obejrzały pół sezonu "Doctora Who", kiedy okazało się, że trzeba się przebrać w szaty i zbierać się do opuszczenia pociągu.
- Wiesz może, gdzie mniej więcej znajduje się Dobrobor? - spytała Milena.
- Och, tak. Tata mi mówił - odpowiedziała Flawia. - Widzisz, Polska ma więcej niż dwie wyspy. Wiesz, te wchodzące w skład Świnoujścia. Jest jeszcze trzecia, akurat tak duża, żeby zmieścić zamek, park i las.
- Aha.
Wkrótce pociąg się zatrzymał. Rozległ się komunikat, żeby zostawić bagaże, bo zostaną one dostarczone do sypialni. Dziewczyny wysiadły.
Szkoła Czarodziejstwa Dobrobor - potterowskie fanfiction
Blog z fanfiction potterowskim o polskiej szkole magii. Posty będą dodawane w miarę przypływu weny, ale postaram się to robić koło jednego razu na miesiąc.
czwartek, 13 listopada 2014
piątek, 24 października 2014
Rozdział 3
Około piątej nad ranem Milena śniła, że spada. Po chwili obudziła się i stwierdziła, że to była prawda. Leżała rozespana na podłodze, zaplątana w kołdrę. Zaczęła się uwalniać. Gdy wstawała, coś sobie przypomniała. Czuła jednocześnie podniecenie i strach, że może się okazać, że to nieprawda. Spojrzała ostrożnie na biurko. Uff! Leży. Szkoła magii i sowy przynoszące listy to nie majaki senne. Pogładziłą dłonią pergamin, a następnie wróciła do łóżka. Obudziła się ponownie o dziewiątej. Standard. To była święta zasada Mileny - gdy masz wolne, a obudzisz się przed dziewiątą, to obudziłeś się za wcześnie. Dobrze, że siostra pojechała na obóz, przynajmniej przez najbliższe dwanaście dni nikt nie będzie jej budził. Dziewczyna jeszcze raz sprawdziła, czy szkoła Dobrobor to nie sen, po czym napisała krótkiego sms-a do mamy, że już nie śpi. Poszła do łazienki, ubrała się. Zeszła do kuchni i otworzyła okno. Sądząc po temperaturze powietrza, jakie przez nie wpadło, i po zachmurzonej iglicy Pałacu Kultury, dzień nie zapowiadał się słonecznie. Westchnęła. Chciała się przejść na skwerek. Do Muzeum Etnograficznego też nie pójdzie, bo nie ma pieniędzy. Na Stare Miasto też nie, bo będzie padać, sądząc po ciemnych chmurach.
Milka zrobiła sobie na śniadanie jajecznicę z pomidorami. Popijając herbatę, myślała o tym, co będzie dziś robić. Mama i tata w pracy. Siostra na obozie. Miała nadzieję, że u Natalki nie pada, bo to dopiero jej drugi dłuższy, samodzielny wyjazd. "Pewnie będę dziś wykonywać czynności standardowe; czytanie, rysowanie, może przejrzę Facebooka...". Odstawiła naczynia do zlewu. "Zmywarkę wstawię po obiedzie", uznała. Weszła na górę, po drodze wpadając na pomysł. Sprawdziła w kalendarzu, ile dni zostało do 1-go września. "Chyba nigdy aż tak nie wyczekiwałam rozpoczęcia roku szkolnego", pomyślała. "Może wtedy, gdy skończyłam przedszkole". Wyciągnęła z szuflady kartkę, ołówek i flamastry i zaczęła pisać. Po wypisaniu i poprawieniu flamastrami sześćdziesięciu liczb, każda odpowiadająca jednemu dniowi, trochę bolały ją palce. Przykleiła dzieło do ściany i już miała skreślić jedynkę, gdy pomyślała, że logiczniej będzie to robić wieczorem.
Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl, która napełniła ją przerażeniem. JAK ONA, DO JASNEJ ANIELKI, BĘDZIE TAM CZYTAĆ ULUBIONE KSIĄŻKI? Przecież wszystkich nie weźmie! Po chwili jednak uspokoiła się. Po prostu poprosi rodziców, żeby przysyłali jej paczką książki z biblioteki. A na Facebooku napisze, że wyjeżdża do szkoły z internatem, w której nie ma zasięgu. Na szczęście nie uzależniła się od tego serwisu, jak niektórzy jej znajomi. W sumie to będzie prawda - z tego, co czytała, elektronika fiksuje, gdy naokoło jest za dużo magii.
Następne kilka tygodni spędziła, niecierpliwie czekając, rysując herby z listu, przypomniała sobie całą serię o Harry'm Potterze z dodatkami, wypisując każde pojęcie, jakie mogłoby jej się przydać w jakikolwiek sposób: zaklęcia, przepisy na eliksiry, stworzenia, urządzenia. Przyjdzie przygotowana jak Hermiona. Gdy Natalka wróciła z obozu, siostra opowiedziała jej o wszystkim, a ośmioletnia dziewczynka z wrażenia położyła się na podłodze, podnosząc wszystkie kończyny i powiedziała, że zrobiła "zdechł człowiek", tak jak psy robią "zdechł pies". Po chwili jednak prawie się popłakała, mówiąc, że ona też chce pojechać do szkoły magii. Milena uspokoiła ją, że może, jak będzie większa, też dostanie list.
Dzień później razem z sową przyleciały instrukcje. Dowiedziała się, że jeśli w pasażu handlowym przy stacji metra Centrum wejdzie w małe drzwiczki obok gabloty z wyświetlonym dinozaurem, dostanie się do części ze sklepami dla czarodziejów. Najlepiej, by wybrała się tam ze swoją ciotką, ponieważ ona ma klucz do skrytki rodzinnej Strzeleckich w polskim oddziale Banku Gringotta. Na peron piąty dostaje się, wchodząc jak najniżej pod schody ruchome na peronie czwartym; wystarczy pod jakimikolwiek schodami iść w kierunku, w którym te się zniżają. Można mieć tylko jedno zwierzę, tak ja było to napisane w poprzednim liście. Milenie doradzili sowę jako najprzydatniejsze z wymienionych.
W dniu 17 sierpnia dziewczyna poszła z ciocią Elą dokonać zakupów. Odnalazły oddział bankowy i zjechały wózeczkiem prowadzonym przez goblina do ich skrytki oznaczonej numerem 210. W skrytce znajdowało się wiele monet. Milena rozpoznała złote galeony, srebrne sykle i brązowe knuty.
- To wszystko jest takie dziwne - szepnęła do cioci. - Nagle marzenia stają się prawdą... A właściwie, czemu się przede mną ukrywałaś? - spytała.
- Jak się teraz zastanowić, to nie wiem. Wtedy powody wydawały się jasne, a teraz nie mają sensu.
Wyjęły ze skrytki trochę pieniędzy i wyszły z banku. Następnie skierowały się w lewo i ujrzały prawdziwą ulicę, ze sklepami i restauracjami. Tylko że, oczywiście, wszyscy byli w szatach czarodziejów. Poszły wzdłuż ulicy i zobaczyły szyld:
Milka zrobiła sobie na śniadanie jajecznicę z pomidorami. Popijając herbatę, myślała o tym, co będzie dziś robić. Mama i tata w pracy. Siostra na obozie. Miała nadzieję, że u Natalki nie pada, bo to dopiero jej drugi dłuższy, samodzielny wyjazd. "Pewnie będę dziś wykonywać czynności standardowe; czytanie, rysowanie, może przejrzę Facebooka...". Odstawiła naczynia do zlewu. "Zmywarkę wstawię po obiedzie", uznała. Weszła na górę, po drodze wpadając na pomysł. Sprawdziła w kalendarzu, ile dni zostało do 1-go września. "Chyba nigdy aż tak nie wyczekiwałam rozpoczęcia roku szkolnego", pomyślała. "Może wtedy, gdy skończyłam przedszkole". Wyciągnęła z szuflady kartkę, ołówek i flamastry i zaczęła pisać. Po wypisaniu i poprawieniu flamastrami sześćdziesięciu liczb, każda odpowiadająca jednemu dniowi, trochę bolały ją palce. Przykleiła dzieło do ściany i już miała skreślić jedynkę, gdy pomyślała, że logiczniej będzie to robić wieczorem.
Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl, która napełniła ją przerażeniem. JAK ONA, DO JASNEJ ANIELKI, BĘDZIE TAM CZYTAĆ ULUBIONE KSIĄŻKI? Przecież wszystkich nie weźmie! Po chwili jednak uspokoiła się. Po prostu poprosi rodziców, żeby przysyłali jej paczką książki z biblioteki. A na Facebooku napisze, że wyjeżdża do szkoły z internatem, w której nie ma zasięgu. Na szczęście nie uzależniła się od tego serwisu, jak niektórzy jej znajomi. W sumie to będzie prawda - z tego, co czytała, elektronika fiksuje, gdy naokoło jest za dużo magii.
Następne kilka tygodni spędziła, niecierpliwie czekając, rysując herby z listu, przypomniała sobie całą serię o Harry'm Potterze z dodatkami, wypisując każde pojęcie, jakie mogłoby jej się przydać w jakikolwiek sposób: zaklęcia, przepisy na eliksiry, stworzenia, urządzenia. Przyjdzie przygotowana jak Hermiona. Gdy Natalka wróciła z obozu, siostra opowiedziała jej o wszystkim, a ośmioletnia dziewczynka z wrażenia położyła się na podłodze, podnosząc wszystkie kończyny i powiedziała, że zrobiła "zdechł człowiek", tak jak psy robią "zdechł pies". Po chwili jednak prawie się popłakała, mówiąc, że ona też chce pojechać do szkoły magii. Milena uspokoiła ją, że może, jak będzie większa, też dostanie list.
Dzień później razem z sową przyleciały instrukcje. Dowiedziała się, że jeśli w pasażu handlowym przy stacji metra Centrum wejdzie w małe drzwiczki obok gabloty z wyświetlonym dinozaurem, dostanie się do części ze sklepami dla czarodziejów. Najlepiej, by wybrała się tam ze swoją ciotką, ponieważ ona ma klucz do skrytki rodzinnej Strzeleckich w polskim oddziale Banku Gringotta. Na peron piąty dostaje się, wchodząc jak najniżej pod schody ruchome na peronie czwartym; wystarczy pod jakimikolwiek schodami iść w kierunku, w którym te się zniżają. Można mieć tylko jedno zwierzę, tak ja było to napisane w poprzednim liście. Milenie doradzili sowę jako najprzydatniejsze z wymienionych.
W dniu 17 sierpnia dziewczyna poszła z ciocią Elą dokonać zakupów. Odnalazły oddział bankowy i zjechały wózeczkiem prowadzonym przez goblina do ich skrytki oznaczonej numerem 210. W skrytce znajdowało się wiele monet. Milena rozpoznała złote galeony, srebrne sykle i brązowe knuty.
- To wszystko jest takie dziwne - szepnęła do cioci. - Nagle marzenia stają się prawdą... A właściwie, czemu się przede mną ukrywałaś? - spytała.
- Jak się teraz zastanowić, to nie wiem. Wtedy powody wydawały się jasne, a teraz nie mają sensu.
Wyjęły ze skrytki trochę pieniędzy i wyszły z banku. Następnie skierowały się w lewo i ujrzały prawdziwą ulicę, ze sklepami i restauracjami. Tylko że, oczywiście, wszyscy byli w szatach czarodziejów. Poszły wzdłuż ulicy i zobaczyły szyld:
STEFAN KANOTALSKI
WYTWÓRCA RÓŻDŻEK
- Wchodzimy - zarządziła ciocia Elwira.
Weszły do jasno, choć nie rażąco oświetlonego pomieszczenia, w którym stało biurko, a za nim starszy, na oko siedemdziesięcioletni staruszek.
- Witam, witam - powiedział uprzejmym tonem. - Zapraszam, młoda damo. Jak ci na imię?
- Milena - odpowiedziała lekko onieśmielona Milena.
- Masz bardzo ładne imię. Jak wnuczka brata męża mojej córki. - Chyba jednak był starszy, niż na to wyglądał. - Z jakiej rodziny pochodzisz?
- Moja ciocia, z którą tu przyszłam, jest jedyną czarownicą w rodzinie - odparła dziewczyna. - Wcześniej nic nie wiedziałam o magii, Czytałam książki o Harry'm Potterze, ale mam wrażenie, że to nie była idealna kopia tego świata.
Pan Stefan Kanotalski zanotował coś w wielkim zeszycie leżącym na stole, po czym wstał i zaprosił Milenę, by poszła za nim. Weszli do dużego, aczkolwiek słabiej oświetlonego pokoju.
- Tu mam magazyn różdżek - oświadczył. - Teraz poczekaj chwilę.
Wytwórca różdżek przyniósł coś, trzymając owo coś za plecami. Kazał klientce zamknąć oczy i wyciągnąć rękę przed siebie. Następnie polecił jej pomachać ręką i opuścić ją. Dotknęła czegoś drewnianego. Otworzyła oczy. Okazało się, że dotknęła jakiegoś drewienka leżącego w plastikowym pudle z innymi drewienkami. To, którego dotknęła, było pomarańczowe i wyglądało na lekkie.
- Olsza czarna - stwierdził z uznaniem Kanotalski. - Mało takich różdżek sprzedaję, są wyjątkowe - sprzedawca mrugnął do dziewczyny i wyszedł gdzieś na chwilę. Ciocia Ela uśmiechnęła się do bratanicy. Pan Stefan znów trzymał coś za plecami i poprosił ją, by powtórzyła czynności. Wylosowała jakiś papierek z napisem "17,5".
- To długość twojej różdżki w centymetrach - objaśnił subiekt. Wyszedł, wrócił i znów to samo. Tym razem to, co wzięła, było długie, różowe i nieco lepkie. Milena domyślała się, co to jest.
- No niee! Nie mógł być jakiś włos jednorożca? - jęknęła.
- Przepraszam, ale tak wypadło - odparł. - Nieważne, ile razy będziesz losować, zawsze będzie to samo.
Dziewczyna nie chciała się spierać.
- Wiesz, masz wyjątkową różdżkę. Przyjdź do mnie za trzy godziny, ponieważ nie mam takiej w zbiorach i muszę ją wykonać.
Milena z ciocią wyszły, kupiły książki, przybory i szaty bez specjalnych przygód, zdobyły sowę z gatunku włochatka (miała słodki wytrzeszcz i dostała imię Malwina), zjadły pyszne pierogi w restauracji "Czarodziejska Pierogarnia", po czym wróciły, by odebrać różdżkę. Kosztowała 8 galeonów. Pan Stefan Kanotalski wyczarował z niej czerwone iskierki na znak, że działa, i ostrożnie wręczył ją świeżo upieczonej młodej czarownicy.
- Proszę. Pamiętaj, że nie możesz jej stracić. Pomyślnego roku szkolnego, Marcelinko!
- Mileno - poprawiła automatycznie. Zauważyła, że z wielkim zeszycie przekręcił jej imię na Miranda. - Dziękuję panu.
Gdy wracała, zaglądała co chwila do torby, by upewnić się, czy różdżka leży na miejscu. W domu pochwaliła się nabytkami siostrze i rodzicom. Długo rozmawiali, aż zrobiło się kompletnie ciemno i trzeba było szykować się do spania.
środa, 15 października 2014
Rozdział 2
Gdy Milena zeszła do kuchni, mama wyjmowała z pieca zapiekankę z ziemniaków. Tata siedział na kanapie w salonie. Był to siwiejący szatyn średniego wzrostu z twarzą zazwyczaj porośniętą zarostem. Miał na imię Antoni i pracował jako programista komputerowy w firmie ubezpieczeniowej. Milena go lubiła, ponieważ oglądał z nią filmy i w niektórych sprawach stawał w jej obronie.
- Cześć, tata! - zawołała dziewczyna. - Jak było w pracy?
- Jak zwykle. Szef się wkurzył na mnie, że jakiś inny gość nie wykonał pracy. Jestem kierownikiem projektu, a on był moim podwładnym - westchnął.
- Bierzcie zapiekankę! - rozległ się głos pani Arlety.
Tata zwlókł się ze swojego miejsca, a córka podeszła do kuchennego blatu i wzięła talerz dla siebie i dla ojca.
- Tato, słyszałeś o moim liście?
- Nie, a co?
- Dobra, przygotuj się. To nie będzie żart. Jest drugi lipca, a nie pierwszy kwietnia. Więc... dostałam list. Taki... nietypowy. List... - wzięła głęboki wdech - ze szkoły magii. Pewnie mi nie uwierzysz, ale była nawet sowa. Płomykówka. A list nie jest z Hogwartu, tylko z takiej polskiej szkoły. Nazywa się Dobrobor. Mama może potwierdzić, a ja po kolacji pokażę ci list. Nie uważasz, że to za dużo szczegółów jak na dowcip?
- O... o kurczę. No... dobrze ale... skąd ja mam wiedzieć, że to jednak nie jest dowcip? Często mnie wrabiasz...
Problem z tatą był taki, że często z córką żartował. Teraz, gdy prawda była tak nietypowa, nie chciał uwierzyć. Choć, z drugiej strony, brzmiało to troszkę nieszczerze.
- Oj tato... Mama, weź mu powiedz! - jęknęła Milka.
- Wiesz, Antek.. Ona mówi prawdę. Jestem tego pewna. - pani Arleta przewierciła męża na wylot stalowym spojrzeniem z zakodowaną wiadomością.
W milczeniu dojedli zapiekankę. Po kolacji panna Strzelecka zawołała:
- Czekaj, tata! Biegnę po ten list! - i czmychnęła do pokoju. Po chwili wróciła z kopertą w dłoni. Podała ją ojcu, czekając na reakcję.
Pan Antoni uważnie przeczytał tekst na obu kartkach. Sprawdził nawet pod światło. Może szukał napisu zakodowanego atramentem sympatycznym? Nie powiedział. Opadł na krzesło.
- Powiedzmy, że w to wierzę. I co? Dworzec Centralny ma 4 perony. A na ten piąty jak się dostaje? Skacząc na tory? I ciekawe, gdzie się znajduje polska "ulica Pokątna".
- Zamierzałam o to spytać w liście. Muszę dopisać do mojej rozpiski "Jak się dostać na peron?". Przypomniało mi się, że na przykład Harry Potter dostał się na peron 9¾ tylko dzięki temu, że spotkał Weasley'ów. Mam nadzieję, że dadzą mi jakieś instrukcje co do tych rzeczy. Chyba pójdę to napisać.
- Dobra, leć.
Milka zaczęła biec w stronę schodów, ale wpół drogi coś jej przyszło do głowy.
- Ej... A jak ja wyślę ten list, skoro sowa odleciała?
- Widzisz, ta sowa chwilowo... zamieszkała u nas. Siedzi i brudzi dach, a po nocach poluje i rozsiewa naokoło domu martwe szczury, więc lepiej pisz ten list, jeśli nie chcesz ujrzeć ulicy zasypanej padliną. - mamie ta wypowiedź chyba przyniosła ulgę.
- Uch... dobra, to lecę. - dziewczyna pobiegła do pokoju. Chwilę szukała listy pytań, ponieważ miała skłonność do zapominania, gdzie co odłożyła (najczęściej zdarzało się to ze szczotką do włosów), po czym wyjęła z szuflady blok techniczny. Minutę pomyślała, po czym zaczęła pisać.
- Cześć, tata! - zawołała dziewczyna. - Jak było w pracy?
- Jak zwykle. Szef się wkurzył na mnie, że jakiś inny gość nie wykonał pracy. Jestem kierownikiem projektu, a on był moim podwładnym - westchnął.
- Bierzcie zapiekankę! - rozległ się głos pani Arlety.
Tata zwlókł się ze swojego miejsca, a córka podeszła do kuchennego blatu i wzięła talerz dla siebie i dla ojca.
- Tato, słyszałeś o moim liście?
- Nie, a co?
- Dobra, przygotuj się. To nie będzie żart. Jest drugi lipca, a nie pierwszy kwietnia. Więc... dostałam list. Taki... nietypowy. List... - wzięła głęboki wdech - ze szkoły magii. Pewnie mi nie uwierzysz, ale była nawet sowa. Płomykówka. A list nie jest z Hogwartu, tylko z takiej polskiej szkoły. Nazywa się Dobrobor. Mama może potwierdzić, a ja po kolacji pokażę ci list. Nie uważasz, że to za dużo szczegółów jak na dowcip?
- O... o kurczę. No... dobrze ale... skąd ja mam wiedzieć, że to jednak nie jest dowcip? Często mnie wrabiasz...
Problem z tatą był taki, że często z córką żartował. Teraz, gdy prawda była tak nietypowa, nie chciał uwierzyć. Choć, z drugiej strony, brzmiało to troszkę nieszczerze.
- Oj tato... Mama, weź mu powiedz! - jęknęła Milka.
- Wiesz, Antek.. Ona mówi prawdę. Jestem tego pewna. - pani Arleta przewierciła męża na wylot stalowym spojrzeniem z zakodowaną wiadomością.
W milczeniu dojedli zapiekankę. Po kolacji panna Strzelecka zawołała:
- Czekaj, tata! Biegnę po ten list! - i czmychnęła do pokoju. Po chwili wróciła z kopertą w dłoni. Podała ją ojcu, czekając na reakcję.
Pan Antoni uważnie przeczytał tekst na obu kartkach. Sprawdził nawet pod światło. Może szukał napisu zakodowanego atramentem sympatycznym? Nie powiedział. Opadł na krzesło.
- Powiedzmy, że w to wierzę. I co? Dworzec Centralny ma 4 perony. A na ten piąty jak się dostaje? Skacząc na tory? I ciekawe, gdzie się znajduje polska "ulica Pokątna".
- Zamierzałam o to spytać w liście. Muszę dopisać do mojej rozpiski "Jak się dostać na peron?". Przypomniało mi się, że na przykład Harry Potter dostał się na peron 9¾ tylko dzięki temu, że spotkał Weasley'ów. Mam nadzieję, że dadzą mi jakieś instrukcje co do tych rzeczy. Chyba pójdę to napisać.
- Dobra, leć.
Milka zaczęła biec w stronę schodów, ale wpół drogi coś jej przyszło do głowy.
- Ej... A jak ja wyślę ten list, skoro sowa odleciała?
- Widzisz, ta sowa chwilowo... zamieszkała u nas. Siedzi i brudzi dach, a po nocach poluje i rozsiewa naokoło domu martwe szczury, więc lepiej pisz ten list, jeśli nie chcesz ujrzeć ulicy zasypanej padliną. - mamie ta wypowiedź chyba przyniosła ulgę.
- Uch... dobra, to lecę. - dziewczyna pobiegła do pokoju. Chwilę szukała listy pytań, ponieważ miała skłonność do zapominania, gdzie co odłożyła (najczęściej zdarzało się to ze szczotką do włosów), po czym wyjęła z szuflady blok techniczny. Minutę pomyślała, po czym zaczęła pisać.
Warszawa, 2 VII 2015r.
Witam,
dostałam list ze Szkoły Czarodziejstwa Dobrobor i chciałabym państwa poinformować, że z chęcią zacznę do niej uczęszczać. Mam tylko kilka pytań, jako że pochodzę z rodziny nieczarodziejskiej. Oto one:
- Gdzie mam kupić potrzebne rzeczy i jak mam się tam dostać?
- Skąd wezmę pieniądze?
- Jak mam się dostać na peron 5?
- Czy mogę mieć pufka i sowę?
Milena Strzelecka
Dobra, chyba wszystko w porządku. Dziewczyna zmieniła nieco swoją listę pytań, ale teraz były bardziej sensowne.
- Maaamooo! Masz jakąś kopeeertęęę? - krzyknęła
- Maaam, chodź tu! - odkrzyknęła jej matka.
Milka kolejny raz tego popołudnia zbiegła po schodach. "Kiedyś się przewrócę i wybiję zęby", przemknęło jej przez głowę. Wzięła od mamy kopertę, taką twardą (skąd ona ją wytrzasnęła?) i popędziła z powrotem na górę.
- Nie biegaj tak! Zęby powybijasz! - zawołała pani Arleta.
Milena włożyła list do koperty, zakleiła, zaadresowała go do pani dyrektor, po czym oczywiście pobiegła na dół.
- Mamo, gdzie ta sowa?
- Siedzi na dachu.
- A jak mam ją skłonić, żeby zleciała?
- Ja wiem? Pomachaj na nią listem.
- Jak się w ogóle woła na sowy? A jak mnie nie zobaczy?
- Może najpierw spróbuj, a potem będziemy się martwić.
Płomykówka na szczęście zleciała. Milena zawiesiła jej na szyi list, posługując się mocnym sznureczkiem, otworzyła okno i wysłała sowę w zapadający powoli zmierzch, na wszelki wypadek mówiąc jej, dokąd ma lecieć. Stała z mamą w oknie, patrząc w ślad za odlatującym ptakiem.
- Mamo?...
- Słucham, córeczko.
- Kiedy dostała list... Nie wydawałaś się zbytnio zaskoczona. I próbowałaś odwrócić od tego moją uwagę, mówiąc o tym, że na kopercie jest moje nazwisko i dziwny herb. I skąd wiedziałaś od razu, bez czytania, że mi się spodoba? A poza tym jesteś taka pewna, że to nie dowcip.
Pani Arleta westchnęła.
- No cóż, chyba powinnaś to wiedzieć. Ja po prostu widziałam magię na własne oczy. Kojarzysz ciocię Elwirę?
- Tak, to siostra taty. Strasznie rzadko się widujemy.
- Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami na studiach. Wiedziałyśmy, że jedna nigdy nie zdradzi drugiej. Powierzałyśmy sobie sekrety. Wreszcie ona postanowiła wyjawić mi największą tajemnicę. Gdy okazało się, że zakochałam się w jej starszym bracie, czyli twoim ojcu, powiedziała mi, chcąc uniknąć tajemnic w rodzinie, której powstanie wydawało się bardzo prawdopodobne, że jest czarownicą. Na dowód tego na moich oczach transmutowała swojego żółwia w czajnik i z powrotem, a potem zaparzyła herbatę, używając tylko i wyłącznie różdżki. Uwierzyłam - bo co innego? Przecież to widziałam. Na mugolskie studia chodziła, bo nie chciała być odludkiem. W jej okolicy mieszkało najwyżej dwóch czarodziejów. Tata nie ma zdolności magicznych, ale jako że Ela jest twoją ciotką, bardzo prawdopodobne było, że ty będziesz czarownicą.
- A Ryszard? Jej syn? Też jest czarodziejem?
- Chyba tak. Jest od ciebie dwa lata młodszy, ale wszystko na to wskazuje.
- A tata? Skoro jest jej bratem, to czemu się tak dziwił?
- Wkręcał cię! Przecież często to robi!
- Aha. Wierzę ci - powiedziała Milena.
- Cieszę się. A teraz szykuj się do spania, bo jest już dwudziesta pierwsza.
- Ale to jeszcze wcześnie! Poza tym są wakacje...
- No to chociaż się umyj, najwyżej posiedzisz w pokoju.
- Dooobraaa.
Po takich niezwykłych opowieściach nastolatka czuła się zdziwiona, że istnieją jeszcze takie rzeczy, jak mycie się i spanie. Pobrała wieczorną dawkę leku przeciwalergicznego, weszła po schodach, wzięła ręcznik i piżamę i poszła się umyć. Następnie spróbowała poczytać, ale po tylu dziwnych zdarzeniach nie była w stanie czytać "Harry'ego Pottera". Zaczęła więc "Nutrię i Nerwusa" autorstwa Małgorzaty Musierowicz. O wpół do jedenastej zgasiła światło. Śnili jej się bohaterowie "Jeżycjady" wymachujący różdżkami i Harry Potter zwiedzający Poznań.
piątek, 10 października 2014
Rozdział 1
Milena Strzelecka skończyła szóstą klasę. Nareszcie! Już nie było odpytywania z historii (brr!), którą co prawda lubiła, ale zawsze myliły jej się daty. Już nie było informatyki, na której robili prezentacje i przerabiali zdjęcia w programach, których za parę lat będą musieli uczyć się od nowa, bo wyjdą nowe wersje. Skończyły się nieustające kłótnie z nielubianymi osobami. Jedyne, co ją martwiło, to gimnazjum. I nie chodziło tu o uczenie się - Milena miała niezłe oceny, choć trochę mniej piątek, niż by chciała. Bała się nowych osób - musiała iść do rejonówki, bo nie dostała się do lepszej szkoły. Widziała zachowania osób z tej szkoły, wiele z nich używało wulgaryzmów, było zapatrzonych w siebie i nie czytało książek. Oczywiście, zdarzały się wyjątki - ale sporo ludzi było właśnie takich. Bała się, że z jej blond włosami będą się z niej nabijać - głupia blondyna. Dobrze, że chociaż nie miała niebieskich oczu, tylko szare. W tej szkole byli okropni ludzie.
Postanowiła uwolnić się od przykrych myśli. Sięgnęła po książkę i po raz nie wiadomo który zatopiła się w lekturze "Harry'ego Pottera". To była jej ulubiona seria powieści. Zawsze chciała zobaczyć Hogwart.
Po upływie pół godziny usłyszała z dołu głos mamy:
- Milka! List do ciebie! Chyba ci się spodoba!
Milena lubiła swoją mamę. Miała ładne imię: Arleta. Obie czytały to samo, a poza tym - mama to mama. Choć czasem się denerwuje, nie można jej nie lubić. Bez niej nie pojawiłoby się na świecie. Nie rozumiała tych, którzy o rodzicach mówili "starzy".
Zbiegła po schodach. Mama stała na dole z tajemniczą miną. Trzymała ciężki list. Dziewczyna, wyrwana z czarodziejskiego świata, od razu pomyślała: "To wygląda jak list z Hogwartu. Ale to na pewno nie jest list z Hogwartu".
- Pokaż! - zawołała
- Najpierw usiądź na kanapie, bo i tak się przewrócisz.
Posłusznie usiadła. Mama skutecznie sprawiła, że koniecznie chciała dowiedzieć się więcej o tym liście.
- Po pierwsze - zaczęła mama - masz tu na wszelki wypadek szklankę wody. - wskazała na stolik.
- Ale o co chodzi? Czemu zachowujesz się, jakbym zaraz miała zemdleć? - spytała dziewczyna.
- Poczekaj. Już tłumaczę - padła odpowiedź. - Po drugie - kontynuowała - ten list jest zaadresowany "p. Milena Strzelecka, ul. Szkolna 9, Warszawa". Czyli na pewno jest do ciebie.
- No tak, to oczywiste. Mogę się wreszcie dowiedzieć, o co chodzi? - Milena była już trochę zdenerwowana.
- No czekaj! Po trzecie - ciągnęła niezrażona pani Arleta - na tym liście jest dziwny herb. A-
- Mogę go po prostu zobaczyć?!
- Dobra. Masz. Ale to nie moja wina, jeśli zemdlejesz z wrażenia.
Milena wzięła do reki list. Był na nim herb z mieczem i dwiema różdżkami. Tak, to na pewno były różdżki. Kto umieszczałby na herbie dwa kije? Otworzyła kopertę drżącymi rękoma. Były w niej dwa arkusze ciężkiego papieru. Zaczęła czytać jeden z nich.
Postanowiła uwolnić się od przykrych myśli. Sięgnęła po książkę i po raz nie wiadomo który zatopiła się w lekturze "Harry'ego Pottera". To była jej ulubiona seria powieści. Zawsze chciała zobaczyć Hogwart.
Po upływie pół godziny usłyszała z dołu głos mamy:
- Milka! List do ciebie! Chyba ci się spodoba!
Milena lubiła swoją mamę. Miała ładne imię: Arleta. Obie czytały to samo, a poza tym - mama to mama. Choć czasem się denerwuje, nie można jej nie lubić. Bez niej nie pojawiłoby się na świecie. Nie rozumiała tych, którzy o rodzicach mówili "starzy".
Zbiegła po schodach. Mama stała na dole z tajemniczą miną. Trzymała ciężki list. Dziewczyna, wyrwana z czarodziejskiego świata, od razu pomyślała: "To wygląda jak list z Hogwartu. Ale to na pewno nie jest list z Hogwartu".
- Pokaż! - zawołała
- Najpierw usiądź na kanapie, bo i tak się przewrócisz.
Posłusznie usiadła. Mama skutecznie sprawiła, że koniecznie chciała dowiedzieć się więcej o tym liście.
- Po pierwsze - zaczęła mama - masz tu na wszelki wypadek szklankę wody. - wskazała na stolik.
- Ale o co chodzi? Czemu zachowujesz się, jakbym zaraz miała zemdleć? - spytała dziewczyna.
- Poczekaj. Już tłumaczę - padła odpowiedź. - Po drugie - kontynuowała - ten list jest zaadresowany "p. Milena Strzelecka, ul. Szkolna 9, Warszawa". Czyli na pewno jest do ciebie.
- No tak, to oczywiste. Mogę się wreszcie dowiedzieć, o co chodzi? - Milena była już trochę zdenerwowana.
- No czekaj! Po trzecie - ciągnęła niezrażona pani Arleta - na tym liście jest dziwny herb. A-
- Mogę go po prostu zobaczyć?!
- Dobra. Masz. Ale to nie moja wina, jeśli zemdlejesz z wrażenia.
Milena wzięła do reki list. Był na nim herb z mieczem i dwiema różdżkami. Tak, to na pewno były różdżki. Kto umieszczałby na herbie dwa kije? Otworzyła kopertę drżącymi rękoma. Były w niej dwa arkusze ciężkiego papieru. Zaczęła czytać jeden z nich.
Szkoła Czarodziejstwa Dobrobor
Informujemy, że została pani przyjęta do Szkoły Czarodziejstwa Dobrobor. Lista rzeczy potrzebnych w ciągu roku szkolnego jest na drugim arkuszu. Pociąg odchodzi trzydziestego pierwszego sierpnia o godzinie 10:00 ze stacji Warszawa Centralna z peronu piątego. Oczekujemy listu od pani do dziesiątego sierpnia br.
Dyrektor
Emma Szolc
Pierwsze słowa, jakie wypowiedziała, brzmiały:
- Ojej.
Poczuła, że robi jej się słabo.
- O kurczę.
Potem:
- Nie muszę iść do rejonówki.
Zdała sobie sprawę, jak to głupio zabrzmiało.
- Chyba ktoś sobie jaja robi... to wygląda dokładnie jak w pierwszym "Harrym Potterrze".
- No właśnie chyba nie - stwierdziła mama. - Spójrz.
Milena usłyszała stukanie za oknem. Spojrzała w tamtym kierunku. Zobaczyła... sowę. Ładną, małą płomykówkę.
- Hmm... chyba nikt normalny nie wynająłby prawdziwej sowy, żeby zrobić głupi dowcip - stwierdziła Milena. - Uznajmy, że w to wierzę.
- Chcesz wysłać list teraz, czy wolisz się namyślić? - spytała mama.
- Wiesz co... jeszcze poczekam. Muszę się z tym oswoić.
- Jak wolisz.
Milena poszła do swojego pokoju. A więc to wszystko prawda. Istnieje coś takiego, jak szkoła magii i sowa przynosząca listy. "To jest jednocześnie tak nieprawdziwe i prawdziwe, że nie umiem tego ogarnąć", myślała. "Przydałaby mi się myślodsiewnia..." Nagle coś przyszło jej do głowy. "Ciekawe, czy wszystkie te rzeczy istnieją? Może tylko część? A może zaklęcia mają inne formuły?"
Stwierdziła, że napisze ten list. Co z tego, że to może był jednak tylko głupi dowcip? Najwyżej ktoś się z niej uśmieje, że w to uwierzyła. A tak się przynajmniej dowie, czy to na pewno prawda. Sięgnęła po kartkę i długopis, ale po chwili namysłu je odłożyła. Uznała, że najpierw przeczyta listę potrzebnych rzeczy.
Przeczytała. Porównała z książką. Prawie tak samo, tylko że zamiast "czarnych szat roboczych" były "zielone szaty robocze" i można było mieć oprócz sowy LUB kota LUB ropuchy jeszcze pufka. Czyli - pufki istnieją. Może kupi takiego i nazwie go Arnold, jak Ginny Weasley. Ciekawe, czy ona też istnieje? Trzeba będzie sprawdzić. Milena miała nadzieję, że w Dobroborze jest biblioteka. "Powinna być, chyba w każdej szkole jest", pomyślała.
Znów wzięła kartkę i długopis. Obmyśliła, że zrobi listę rzeczy, o które musi zapytać, w liście.
- Czy ktoś po mnie przyjedzie?
- Gdzie mam kupić rzeczy?
- Skąd wezmę na nie pieniądze?
- Czy można mieć 2 zwierzęta?
Subskrybuj:
Posty (Atom)