piątek, 10 października 2014

Rozdział 1

   Milena Strzelecka skończyła szóstą klasę. Nareszcie! Już nie było odpytywania z historii (brr!), którą co prawda lubiła, ale zawsze myliły jej się daty. Już nie było informatyki, na której robili prezentacje i przerabiali zdjęcia w programach, których za parę lat będą musieli uczyć się od nowa, bo wyjdą nowe wersje. Skończyły się nieustające kłótnie z nielubianymi osobami. Jedyne, co ją martwiło, to gimnazjum. I nie chodziło tu o uczenie się -  Milena miała niezłe oceny, choć trochę mniej piątek, niż by chciała. Bała się nowych osób - musiała iść do rejonówki, bo nie dostała się do lepszej szkoły. Widziała zachowania osób z tej szkoły, wiele z nich używało wulgaryzmów, było zapatrzonych w siebie i nie czytało książek. Oczywiście, zdarzały się wyjątki - ale sporo ludzi było właśnie takich. Bała się, że z jej blond włosami będą się z niej nabijać - głupia blondyna. Dobrze, że chociaż nie miała niebieskich oczu, tylko szare. W tej szkole byli okropni ludzie.
   Postanowiła uwolnić się od przykrych myśli. Sięgnęła po książkę i po raz nie wiadomo który zatopiła się w lekturze "Harry'ego Pottera". To była jej ulubiona seria powieści. Zawsze chciała zobaczyć Hogwart.
   Po upływie pół godziny usłyszała z dołu głos mamy:
 - Milka! List do ciebie! Chyba ci się spodoba!
Milena lubiła swoją mamę. Miała ładne imię: Arleta. Obie czytały to samo, a poza tym - mama to mama. Choć czasem się denerwuje, nie można jej nie lubić. Bez niej nie pojawiłoby się na świecie. Nie rozumiała tych, którzy o rodzicach mówili "starzy".
   Zbiegła po schodach. Mama stała na dole z tajemniczą miną. Trzymała ciężki list. Dziewczyna, wyrwana z czarodziejskiego świata, od razu pomyślała: "To wygląda jak list z Hogwartu. Ale to na pewno nie jest list z Hogwartu".
 - Pokaż! - zawołała
 - Najpierw usiądź na kanapie, bo i tak się przewrócisz.
Posłusznie usiadła. Mama skutecznie sprawiła, że koniecznie chciała dowiedzieć się więcej o tym liście.
 - Po pierwsze - zaczęła mama - masz tu na wszelki wypadek szklankę wody. - wskazała na stolik.
 - Ale o co chodzi? Czemu zachowujesz się, jakbym zaraz miała zemdleć? - spytała dziewczyna.
 - Poczekaj. Już tłumaczę - padła odpowiedź. - Po drugie - kontynuowała - ten list jest zaadresowany "p. Milena Strzelecka, ul. Szkolna 9, Warszawa". Czyli na pewno jest do ciebie.
 - No tak, to oczywiste. Mogę się wreszcie dowiedzieć, o co chodzi? - Milena była już trochę zdenerwowana.
 - No czekaj! Po trzecie - ciągnęła niezrażona pani Arleta - na tym liście jest dziwny herb. A-
 - Mogę go po prostu zobaczyć?!
 - Dobra. Masz. Ale to nie moja wina, jeśli zemdlejesz z wrażenia.
   Milena wzięła do reki list. Był na nim herb z mieczem i dwiema różdżkami. Tak, to na pewno były różdżki. Kto umieszczałby na herbie dwa kije? Otworzyła kopertę drżącymi rękoma. Były w niej dwa arkusze ciężkiego papieru. Zaczęła czytać jeden z nich.

Szkoła Czarodziejstwa Dobrobor

Informujemy, że została pani przyjęta do Szkoły Czarodziejstwa Dobrobor. Lista rzeczy potrzebnych w ciągu roku szkolnego jest na drugim arkuszu. Pociąg odchodzi trzydziestego pierwszego sierpnia o godzinie 10:00 ze stacji Warszawa Centralna z peronu piątego. Oczekujemy listu od pani do dziesiątego sierpnia br.

Dyrektor

Emma Szolc
   Pierwsze słowa, jakie wypowiedziała, brzmiały:
 - Ojej.
Poczuła, że robi jej się słabo.
 - O kurczę.
Potem:
 - Nie muszę iść do rejonówki.
Zdała sobie sprawę, jak to głupio zabrzmiało.
 - Chyba ktoś sobie jaja robi... to wygląda dokładnie jak w pierwszym "Harrym Potterrze".
 - No właśnie chyba nie - stwierdziła mama. - Spójrz.
Milena usłyszała stukanie za oknem. Spojrzała w tamtym kierunku. Zobaczyła... sowę. Ładną, małą płomykówkę.
 - Hmm... chyba nikt normalny nie wynająłby prawdziwej sowy, żeby zrobić głupi dowcip - stwierdziła Milena. - Uznajmy, że w to wierzę.
 - Chcesz wysłać list teraz, czy wolisz się namyślić? - spytała mama.
 - Wiesz co... jeszcze poczekam. Muszę się z tym oswoić.
 - Jak wolisz.
   Milena poszła do swojego pokoju. A więc to wszystko prawda. Istnieje coś takiego, jak szkoła magii i sowa przynosząca listy. "To jest jednocześnie tak nieprawdziwe i prawdziwe, że nie umiem tego ogarnąć", myślała. "Przydałaby mi się myślodsiewnia..." Nagle coś przyszło jej do głowy. "Ciekawe, czy wszystkie te rzeczy istnieją? Może tylko część? A może zaklęcia mają inne formuły?"
   Stwierdziła, że napisze ten list. Co z tego, że to może był jednak tylko głupi dowcip? Najwyżej ktoś się z niej uśmieje, że w to uwierzyła. A tak się przynajmniej dowie, czy to na pewno prawda. Sięgnęła po kartkę i długopis, ale po chwili namysłu je odłożyła. Uznała, że najpierw przeczyta listę potrzebnych rzeczy.
   Przeczytała. Porównała z książką. Prawie tak samo, tylko że zamiast "czarnych szat roboczych" były "zielone szaty robocze" i można było mieć oprócz sowy LUB kota LUB ropuchy jeszcze pufka. Czyli - pufki istnieją. Może kupi takiego i nazwie go Arnold, jak Ginny Weasley. Ciekawe, czy ona też istnieje? Trzeba będzie sprawdzić. Milena miała nadzieję, że w Dobroborze jest biblioteka. "Powinna być, chyba w każdej szkole jest", pomyślała.
   Znów wzięła kartkę i długopis. Obmyśliła, że zrobi listę rzeczy, o które musi zapytać, w liście.
  • Czy ktoś po mnie przyjedzie?
  • Gdzie mam kupić rzeczy?
  • Skąd wezmę na nie pieniądze?
  • Czy można mieć 2 zwierzęta?
   To chyba wszystko. Milena zeszła na dół, na kolację. List napisze jutro. Dziwiło ją tylko, że jej mama zachowywała się, jakby nie była zaskoczona sytuacją.

3 komentarze:

  1. Pięknie napisane, ze swadą, bogatym literackim językiem. Aż szkoda że taki krótki ten rozdział. Kiedy będą następne? Bo nie mogę się doczekać. Brawo!

    OdpowiedzUsuń
  2. Misia! To jest genialne! Jestem z Ciebie dumna. Jednocześnie jestem zszokowana, że tak świetnie i sprawnie piszesz! To się świetnie czyta! Szok i niedowierzanie :) Czekam na ciąg dalszyyy! Ciotka Jula

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajowe :)
    zapraszam do siebie -
    iamademigod.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń