czwartek, 13 listopada 2014

Rozdział 4

Od razu przepraszam za obsuw :/

   Nareszcie nadszedł ten dzień! Pierwszy września. Milena od dwóch dni była spakowana w wielką żółtą walizkę. Mama i tata chcieli jej załatwić jakiś kufer, ale ciocia wyśmiała pomysł i powiedziała, że duża walizka wystarczy.
   Na tarczy zegarka widniała godzina szósta rano. Do odjazdu pociągu zostały cztery godziny, do budzika dwie, ale dziewczyna już nie spała. Jak prawie co dzień od kupna różdżki wypróbowywała zaklęcia. Najlepiej wychodziło jej Wingardium Leviosa i jedno transmutacyjne - do zamiany małych rzeczy o podobnych kształtach, na przykład spinki w igłę. Była zadowolona, że tak dobrze jej to wychodzi, ponieważ raz o mało co nie wybiła szyby od źle wypowiedzianej formuły i krzywo wycelowanego końca różdżki.
   Stwierdziła, że jeszcze się zdrzemnie. Zawsze niby można w pociągu, ale pewnie będzie zbyt ciekawie. W końcu nie będzie to zwyczajny pociąg...  Wyciągnęła się na łóżku, przedtem dokładnie czyszcząc różdżkę. Nie chciała, by się zniszczyła. Zamknęła oczy i po chwili zapadła w drzemkę.
   Budzik zadzwonił punktualnie o ósmej, wydając z siebie odgłos lądującej TARDIS. Milena otworzyła oczy i zwlokła się z łóżka. Poszła zająć łazienkę, wiedząc, że inni członkowie rodziny mieli obudzić się dopiero za 20 minut. Oporządziła się, by nie wyglądać jak upiór (podczas snu strasznie targały jej się włosy) i wyszła z łazienki. Nakarmiła swoją sowę Malwinę i jeszcze raz sprawdziła, czy wszystko, co miało się znaleźć w walizce, znajduje się właśnie tam, a nie gdzie indziej. Ubrania? Są. Książki? Są. Przybory? Są. Różdżka? Jest. Laptop i słuchawki? Są. Niedawno dostała wiadomość od ciotki, że może wziąć rzeczy elektroniczne, byle nie za dużo. Od 1998 roku wymyślono sposób na używanie mugolskich urządzeń przy obecności magii. Na laptopie miała zgrane wszystkie sezony Doktora Who, nawet te, które już oglądała. Była z tego bardzo zadowolona - to był jej ulubiony serial i trochę się denerwowała, że nie będzie w stanie go oglądać.
   Zeszła na śniadanie. Mama już krzątała się w kuchni, tata i Natalka siedzieli przy stole i o czymś rozmawiali.
 - Co będzie na śniadanie? - spytała Milena.
 - Naleśniki - usłyszała odpowiedź. - Siadaj, zaraz skończę je smażyć.
Usiadła przy stole, witając się z pozostałymi.
 - Milenaa, wiesz coo? Ja też chcę to tej szkoły! - zawołała Natalka.
 - Nie możesz jechać ze mną, jesteś za mała - odpowiedziała starsza siostra.
 - Ooo, ale ja chcę z tobą jechać!
 - Ale nie możesz. Już ci mówiłam, może za pięć lat... - cierpliwie tłumaczyła.
 - Milka, mogę pogłaskać sowę?
 - Nie, nie możesz! Ostatnio, jak ci pozwoliłam, obraziła się i zrobiła sobie dwudniowe wakacje.
Natalka jęknęła coś w odpowiedzi i zaczęła posypywać naleśnika cukrem. Milena też postanowiła zacząć jeść, ponieważ zaczynało jej na poważnie burczeć w brzuchu.
  Reszta śniadania upłynęła całej rodzinie na rozmowie, co też Milena będzie robić w tej szkole i przerzucaniu się cytatami w stylu "Nie wysadź w powietrze toalety", przerywanej pojękiwaniami młodszej dziewczynki.
 - No dobra, idźcie do łazienki i się zbieramy - zarządziła pani Arleta.
 - Jeeeeeeeeeeeeej! - Natalka z dzikim wrzaskiem radości pobiegła w stronę toalety.
 - Nie rozumiem jej. Cieszy się bardziej od Mileny - odezwał się pan Antoni.
   Rodzina wyszła z domu. Bez problemu dotarli na Dworzec Centralny, ponieważ o dziewiątej większość osób była już w pracy lub w szkole. Poza tym - mieli dość blisko. Weszli na peron 4.
 - Które to miały być schody? - spytał tata.
 - Napisali, że którekolwiek, ale może lepiej wejdźmy przez te na końcu peronu, żeby za bardzo nie rzucać się w oczy - odparła Milena.
 - Racja - zgodziła się mama.
   Uczucie przechodzenia przez schody ruchome jest co najmniej dziwne. Najpierw ma się wrażenie, że za chwilę nie można będzie iść wyprostowanym, potem głowa, zamiast uderzyć w strop, przechodzi przez coś chłodnego i szarego, tak jakby to był jakiś płyn, to samo stopniowo dzieje się z resztą ciała. Nagle wychodzi się i za sobą ma się metalową ścianę, a przed sobą schody w dół ze strzałką i napisem "dla uczniów Dobroboru". Tak też doświadczyła tego rodzina Strzeleckich.
   Gdy weszli na peron, było tam jeszcze niedużo osób, bowiem do odjazdu pociągu zostało trzydzieści pięć minut. Sam pociąg jednak stał już na torze. Cała rodzina usiadła na jednej z ławek.
 - Cześć! Widzę, że udało wam się dotrzeć! - usłyszeli. To była ciocia Elwira. Najwyraźniej czekała na nich już od jakiegoś czasu. Przywitali się i zaczęli rozmawiać. Milena pochwaliła się, że umie kilka zaklęć, a Natalka bez przerwy paplała o tym, że ona też chce. Za dziesięć dziesiąta ciocia poradziła Milenie, żeby już wsiadła i znalazła sobie przedział. Pożegnała się z rodziną, z pomocą ojca wtaszczyła walizkę do pociągu i wsiadła do pierwszego pustego przedziału. Pan Antoni wstawił bagaż na półkę, jeszcze raz pożegnał się z córką i wysiadł z powrotem na peron.
   Po pewnym czasie, gdy pociąg miał za chwilę ruszać, ktoś nieśmiało zajrzał do przedziału dziewczyny. Była to wysoka dziewczyna, ale na oko raczej trzynastoletnia. Miała czekoladowobrązowe, proste włosy i zielone oczy. Za sobą taszczyła wielką, szarą walizkę, na rękach trzymała pręgowanego, burego kocura, a na sobie miała białą bluzkę z nadrukiem przdstawiającym TARDIS, o którą stała oparta miotła, na budce widniały wysprejowane litery SPQR, a obok leżał młot Thora. Milena pomyślała, że ją polubi.
 - Mogę się dosiąść? - spytała nieznajoma.
 - Oczywiście. Fajna bluzka!
 - Dzięki. Rodzice mówili, żebym jej nie zakładała, bo będą się śmiać, ale ja się uparłam - uśmiechnęła się.
 - Mnie tam się podoba. Mogę wiedzieć, jak się nazywasz? Ja jestem Milena Strzelecka.
 - Jasne. Jestem Flawia Wespa. Z jakiej jesteś rodziny? - spytała, siadając naprzeciwko.
 - Moja ciocia jest czarownicą, a tak to tylko ja mam jakieś zdolności - odparła. - Masz strasznie ładne imię.
 - Dzięki. Moi rodzice mają świra na punkcie Rzymu. Tata jest z czarodziejskiej rodziny, nazywa się Marek, a mama jest mugolką i ma na imię Julia.
 - Moi się nazywają Arleta i Antoni. Mam jeszcze młodszą siostrę, Natalkę.
   Dziewczyny bardzo szybko się zaprzyjaźniły. W trakcie jazdy nikt się do nich nie dosiadł. Kupiły trochę magicznych słodkości z wózka. W czekoladowej żabie Mileny znajdowała się karta z Harry'm Potterem. Obejrzały pół sezonu "Doctora Who", kiedy okazało się, że trzeba się przebrać w szaty i zbierać się do opuszczenia pociągu.
 - Wiesz może, gdzie mniej więcej znajduje się Dobrobor? - spytała Milena.
 - Och, tak. Tata mi mówił - odpowiedziała Flawia. - Widzisz, Polska ma więcej niż dwie wyspy. Wiesz, te wchodzące w skład Świnoujścia. Jest jeszcze trzecia, akurat tak duża, żeby zmieścić zamek, park i las.
 - Aha.
   Wkrótce pociąg się zatrzymał. Rozległ się komunikat, żeby zostawić bagaże, bo zostaną one dostarczone do sypialni. Dziewczyny wysiadły.