- Cześć, tata! - zawołała dziewczyna. - Jak było w pracy?
- Jak zwykle. Szef się wkurzył na mnie, że jakiś inny gość nie wykonał pracy. Jestem kierownikiem projektu, a on był moim podwładnym - westchnął.
- Bierzcie zapiekankę! - rozległ się głos pani Arlety.
Tata zwlókł się ze swojego miejsca, a córka podeszła do kuchennego blatu i wzięła talerz dla siebie i dla ojca.
- Tato, słyszałeś o moim liście?
- Nie, a co?
- Dobra, przygotuj się. To nie będzie żart. Jest drugi lipca, a nie pierwszy kwietnia. Więc... dostałam list. Taki... nietypowy. List... - wzięła głęboki wdech - ze szkoły magii. Pewnie mi nie uwierzysz, ale była nawet sowa. Płomykówka. A list nie jest z Hogwartu, tylko z takiej polskiej szkoły. Nazywa się Dobrobor. Mama może potwierdzić, a ja po kolacji pokażę ci list. Nie uważasz, że to za dużo szczegółów jak na dowcip?
- O... o kurczę. No... dobrze ale... skąd ja mam wiedzieć, że to jednak nie jest dowcip? Często mnie wrabiasz...
Problem z tatą był taki, że często z córką żartował. Teraz, gdy prawda była tak nietypowa, nie chciał uwierzyć. Choć, z drugiej strony, brzmiało to troszkę nieszczerze.
- Oj tato... Mama, weź mu powiedz! - jęknęła Milka.
- Wiesz, Antek.. Ona mówi prawdę. Jestem tego pewna. - pani Arleta przewierciła męża na wylot stalowym spojrzeniem z zakodowaną wiadomością.
W milczeniu dojedli zapiekankę. Po kolacji panna Strzelecka zawołała:
- Czekaj, tata! Biegnę po ten list! - i czmychnęła do pokoju. Po chwili wróciła z kopertą w dłoni. Podała ją ojcu, czekając na reakcję.
Pan Antoni uważnie przeczytał tekst na obu kartkach. Sprawdził nawet pod światło. Może szukał napisu zakodowanego atramentem sympatycznym? Nie powiedział. Opadł na krzesło.
- Powiedzmy, że w to wierzę. I co? Dworzec Centralny ma 4 perony. A na ten piąty jak się dostaje? Skacząc na tory? I ciekawe, gdzie się znajduje polska "ulica Pokątna".
- Zamierzałam o to spytać w liście. Muszę dopisać do mojej rozpiski "Jak się dostać na peron?". Przypomniało mi się, że na przykład Harry Potter dostał się na peron 9¾ tylko dzięki temu, że spotkał Weasley'ów. Mam nadzieję, że dadzą mi jakieś instrukcje co do tych rzeczy. Chyba pójdę to napisać.
- Dobra, leć.
Milka zaczęła biec w stronę schodów, ale wpół drogi coś jej przyszło do głowy.
- Ej... A jak ja wyślę ten list, skoro sowa odleciała?
- Widzisz, ta sowa chwilowo... zamieszkała u nas. Siedzi i brudzi dach, a po nocach poluje i rozsiewa naokoło domu martwe szczury, więc lepiej pisz ten list, jeśli nie chcesz ujrzeć ulicy zasypanej padliną. - mamie ta wypowiedź chyba przyniosła ulgę.
- Uch... dobra, to lecę. - dziewczyna pobiegła do pokoju. Chwilę szukała listy pytań, ponieważ miała skłonność do zapominania, gdzie co odłożyła (najczęściej zdarzało się to ze szczotką do włosów), po czym wyjęła z szuflady blok techniczny. Minutę pomyślała, po czym zaczęła pisać.
Warszawa, 2 VII 2015r.
Witam,
dostałam list ze Szkoły Czarodziejstwa Dobrobor i chciałabym państwa poinformować, że z chęcią zacznę do niej uczęszczać. Mam tylko kilka pytań, jako że pochodzę z rodziny nieczarodziejskiej. Oto one:
- Gdzie mam kupić potrzebne rzeczy i jak mam się tam dostać?
- Skąd wezmę pieniądze?
- Jak mam się dostać na peron 5?
- Czy mogę mieć pufka i sowę?
Milena Strzelecka
Dobra, chyba wszystko w porządku. Dziewczyna zmieniła nieco swoją listę pytań, ale teraz były bardziej sensowne.
- Maaamooo! Masz jakąś kopeeertęęę? - krzyknęła
- Maaam, chodź tu! - odkrzyknęła jej matka.
Milka kolejny raz tego popołudnia zbiegła po schodach. "Kiedyś się przewrócę i wybiję zęby", przemknęło jej przez głowę. Wzięła od mamy kopertę, taką twardą (skąd ona ją wytrzasnęła?) i popędziła z powrotem na górę.
- Nie biegaj tak! Zęby powybijasz! - zawołała pani Arleta.
Milena włożyła list do koperty, zakleiła, zaadresowała go do pani dyrektor, po czym oczywiście pobiegła na dół.
- Mamo, gdzie ta sowa?
- Siedzi na dachu.
- A jak mam ją skłonić, żeby zleciała?
- Ja wiem? Pomachaj na nią listem.
- Jak się w ogóle woła na sowy? A jak mnie nie zobaczy?
- Może najpierw spróbuj, a potem będziemy się martwić.
Płomykówka na szczęście zleciała. Milena zawiesiła jej na szyi list, posługując się mocnym sznureczkiem, otworzyła okno i wysłała sowę w zapadający powoli zmierzch, na wszelki wypadek mówiąc jej, dokąd ma lecieć. Stała z mamą w oknie, patrząc w ślad za odlatującym ptakiem.
- Mamo?...
- Słucham, córeczko.
- Kiedy dostała list... Nie wydawałaś się zbytnio zaskoczona. I próbowałaś odwrócić od tego moją uwagę, mówiąc o tym, że na kopercie jest moje nazwisko i dziwny herb. I skąd wiedziałaś od razu, bez czytania, że mi się spodoba? A poza tym jesteś taka pewna, że to nie dowcip.
Pani Arleta westchnęła.
- No cóż, chyba powinnaś to wiedzieć. Ja po prostu widziałam magię na własne oczy. Kojarzysz ciocię Elwirę?
- Tak, to siostra taty. Strasznie rzadko się widujemy.
- Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami na studiach. Wiedziałyśmy, że jedna nigdy nie zdradzi drugiej. Powierzałyśmy sobie sekrety. Wreszcie ona postanowiła wyjawić mi największą tajemnicę. Gdy okazało się, że zakochałam się w jej starszym bracie, czyli twoim ojcu, powiedziała mi, chcąc uniknąć tajemnic w rodzinie, której powstanie wydawało się bardzo prawdopodobne, że jest czarownicą. Na dowód tego na moich oczach transmutowała swojego żółwia w czajnik i z powrotem, a potem zaparzyła herbatę, używając tylko i wyłącznie różdżki. Uwierzyłam - bo co innego? Przecież to widziałam. Na mugolskie studia chodziła, bo nie chciała być odludkiem. W jej okolicy mieszkało najwyżej dwóch czarodziejów. Tata nie ma zdolności magicznych, ale jako że Ela jest twoją ciotką, bardzo prawdopodobne było, że ty będziesz czarownicą.
- A Ryszard? Jej syn? Też jest czarodziejem?
- Chyba tak. Jest od ciebie dwa lata młodszy, ale wszystko na to wskazuje.
- A tata? Skoro jest jej bratem, to czemu się tak dziwił?
- Wkręcał cię! Przecież często to robi!
- Aha. Wierzę ci - powiedziała Milena.
- Cieszę się. A teraz szykuj się do spania, bo jest już dwudziesta pierwsza.
- Ale to jeszcze wcześnie! Poza tym są wakacje...
- No to chociaż się umyj, najwyżej posiedzisz w pokoju.
- Dooobraaa.
Po takich niezwykłych opowieściach nastolatka czuła się zdziwiona, że istnieją jeszcze takie rzeczy, jak mycie się i spanie. Pobrała wieczorną dawkę leku przeciwalergicznego, weszła po schodach, wzięła ręcznik i piżamę i poszła się umyć. Następnie spróbowała poczytać, ale po tylu dziwnych zdarzeniach nie była w stanie czytać "Harry'ego Pottera". Zaczęła więc "Nutrię i Nerwusa" autorstwa Małgorzaty Musierowicz. O wpół do jedenastej zgasiła światło. Śnili jej się bohaterowie "Jeżycjady" wymachujący różdżkami i Harry Potter zwiedzający Poznań.
Super. masz talent!
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejne rozdziały :)